|
Rodzina i społeczeństwo -
Rodzicielstwo
|
Zanim jeszcze na świecie pojawiło się moje dziecko, w postaci rozkrzyczanego krasnalka z dziwnie pomarszczoną skórką i odmoczonymi paluszkami (na widok których z moich oczu popłynęły łzy), miałam gotowy przepis na wychowanie. Łamać się w swoich postanowieniach zaczęłam bardzo szybko, bo już przy naszym drugim spotkaniu na szpitalnym łóżku. Gdy zobaczyłam te duże, czarne oczy w malutkiej buźce wpatrzone we mnie, poczułam, że to ona będzie miała dużo w tym związku do powiedzenia. I prorocza okazała się ta myśl. Wielka porażka dla psychologa, choć na szczęście dla matki zdecydowanie mniejsza.
Wróciłyśmy do domu, a ja wciąż byłam ślepo zapatrzona w moją córeczkę, zresztą nadal jestem. I dalej popełniam błędy wychowawcze z tą różnicą, że teraz już myślę. Zrywałam się o każdej porze gdy tylko usłyszałam jej kwilenie - nic wyjątkowego, każda z nas tak robi. Już pierwszego dnia zaprosiłam ją do naszego łóżka, a teraz już półtora roku próbuje ją wyprosić, z marnym skutkiem niestety. Choć przez rok wspólne spanie jakoś nikomu z naszej trójki nie przeszkadzało. Od pierwszej chwili wiedziałam, że to błąd, ale popełniłam go świadomie. Wtedy tłumaczyłam to tym, że ta bliskość jest dla nas bardzo ważna, teraz już nie mam złudzeń, że kierował mną egoizm. Nie musiałam wstawać w środku nocy żeby ją karmić, bo była obok - cóż za wygoda. Kiedy po czterech miesiącach swojego życia przerzuciła się na butelkę, też było mi wygodniej bo komu chciałoby się wstawać w nocy aż dwa razy - po dziecko i po butelkę, a potem odstawić maleństwo z powrotem do łóżeczka. Mnie się nie chciało. Lenistwo tłumaczyłam potrzebą bliskości.
Kolejnym grzechem którego się dopuściłam względem mojej córeczki, to zbyt duża pobłażliwość co do czasu odstawienia butelki. Nie chciała się z nią rozstać, a ja nie nalegałam i teraz płacimy za to wysoką cenę. I znów się rozmijam z rzeczywistością, bo to ONA płaci za moją głupotę. Przyplątała się próchnica zwana butelkową, aby swą nazwą wciąż przypominać o błędzie rodziców. Ma ta sytuacja tylko jeden plus, a mianowicie poznałyśmy z moją córcią wyjątkowego dentystę - cudotwórcę, który naprawia to co zepsułam i dodatkowo daje uwielbiać się Małej.
To chyba moje dwa grzechy główne ale nie brakuje i mniejszych. Czasem zbyt wiele od niej wymagam, a raczej chcę wymagać, bo akurat w tym przypadku szybko się stopuję i zaczynam się cieszyć tym co ona już potrafi, a umie nie mało. Kiedyś dostałam książkę o dwudziestu błędach popełnianych przy wychowywaniu dzieci. Prezentowi towarzyszył komentarz, że ja jako psycholog pewnie błędów nie popełniam. Prawda niestety jest zupełnie inna - błądzę tak samo, tylko częściej jestem tego świadoma i mam większe wyrzuty sumienia. Kiedy nie błądzę też je mam i nie wiem które są gorsze do wytrzymania. Niestety konsekwencje tych pierwszych są i będą poważniejsze. Te rozterki bliskie są każdej z mam, wcale nie jestem w tym wyjątkowa, tylko tak jakoś trudno przyznać się do błędów i to w stosunku do kochanej osoby. Zanim jeszcze zostałam mamą obiecałam sobie, że dla mojego dziecka nigdy nie będę psychologiem, tylko zawsze matką i że nigdy nie usłyszy wytartego sloganu przypisanego do tego zawodu - '' masz problem, chcesz o tym porozmawiać?''. Co z tego wyjdzie zobaczę po latach, ale wtedy to już moja córka dokona oceny tego, jaką byłam matką i może będzie łaskawsza, niż ja sama jestem dla siebie.
Pozdrawiam wszystkie (utrapione) mamy Katarzyna Nowakowska-Machura
|