|
Rodzina i społeczeństwo -
Spisane z życia
|
|
Strona 1 z 3
Dnia Pańskiego 7 maja 2005 roku siedziałam sobie na rozgrzanej wiosennym słońcem werandzie i rozmyślałam o najśmieszniejszych czy najgłupszych - zależy od punktu widzenia - sytuacjach " z życia emigranta", jakie przeżyłam bądź, o jakich słyszałam. Podobno lekarze przyzwyczajają się do widoku śmierci, żołnierze do wojen a emigranci... do wszystkiego po trochu.
No niby jak już ktoś decyduje się na porzucenie kraju, rodziny, pierogów i kotletów schabowych, wie, dlaczego to robi. Ja powiem inaczej: wie, co zostawia, ale nie ma pojęcia, co do tego, co znajdzie. A - cóż - w wielu przypadkach zostawienie w kraju teściowej wydaje się rozwiązaniem idylliastycznym. Nowy kraj - w przekonaniu przyszłego emigranta jest inny, lepszy, bogatszy, normalniejszy. W bliżej nieokreślonym " TAM" nie ma skandali, bezrobocia, biednych i kryminalistów. Myślimy o nim ( czyli "TAM") jak o wymianie starego samochodu na nowy - bez żadnej dopłaty. Tak dzieje się jednak tylko w bajkach. W rzeczywistym świecie nie ma nic za darmo, a im mocniejszy silnik, tym droższe ubezpieczenie.
Pytania "standard", na które wypada odpowiedzieć by nie uchodzić za gbura to: "a jakie są u was samochody"? Kilka razy odpowiedziałam, że ekologiczne... opalane drzewem. Teraz już tak nie odpowiadam, bo kilka osób wzięło moją głupią odpowiedź na poważnie i zarzekali się, że oni te samochody opalane drzewem w Polsce widzieli... biedny kraj...
|